Chłód powodował u mnie spazmatyczne wręcz dreszcze, a dźwięk skrzypiącego pod stopami śniegu przyprawiał mnie o mdłości i sprawiał że chciałem krzyczeć zatykając uszy. Czemu aż tak negatywnie i panicznie na to reagowałem? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem.
Ale to już nieistotne.
Zgubiłem się. Nie wiem czy to tylko urojenie spowodowane strachem, czy naprawdę otaczała mnie jedynie bezkresna, śmiertelnie zimna biel. Pusta jasność wręcz raziła w oczy, zaciskała gardło, wywoływała niepokój, a nawet niewyobrażalny strach. Miałem wrażenie że jestem nagi, kłujące igły mrozu wbijały się w każdy milimetr mojego ciała, dochodząc do kości gdzie bezlitośnie zamrażały szpik.
Zaczął ogarniać mnie obłęd.
Oczy piekły mnie od zamarzających łez, śmiertelnie zimne powietrze zamrażało mi płuca, sprawiając że każdy oddech był cudem i falą bezkresnego bólu. Czułem jak zamarznięta na dłoniach skóra pęka przy każdym, najmniejszym ruchu. Zacząłem krzyczeć. Nie słyszałem swojego głosu, ale i tak krzyczałem. Krzyczałem tak panicznie że poczułem metaliczny smak krwi zalewający moje gardło.
Zimno. Ból. Przerażenie.
Ciemność.
Bezkresna, pusta, głucha ciemność.
Chaos uczuć w głowie był przeciw proporcjonalny do odczuwanych bodźców zewnętrznych. Bo fizycznie nie czułem nic. Nie odczuwałem już zimna, bólu, a nawet strachu. Pustka panująca zewnątrz, jak i wewnątrz mnie zapewne przyprawiła by mnie w normalnej sytuacji do mdłości. Ale to nie była normalna sytuacja. Nie odczuwałem strachu, ale spokoju również.
Po czasie, który zdawał się trwać wieczność, przez powieki zaczęło prześwitywać mi bardzo jasne światło. Zacząłem czuć pod sobą coś, co w dotyku przypominało mokry puch. Łapczywie nabrałem świeżego, wilgotnego powietrza w płuca otwierając szeroko oczy. Usiadłem gwałtownie intuicyjnie kładąc dłoń na piersi. Nie biło, moje serce nie biło. Nie przeraziło mnie to, nie zacząłem panikować, coś w głowie mówiło mi że tak ma być, że mam zachować spokój. Wstałem powoli słysząc przy tym głośno skrzypiący pod moim ciałem śnieg. Rozejrzałem się po otaczającej mnie lodowej pustyni, sinymi palcami przeczesałem pokryte szronem włosy. Nieuzasadniony uśmiech pchał mi się na twarz. Miałem ochotę tańczyć i tarzać się w śniegu. Po tej, jakże pięknej, lodowej pustyni, rozniósł się głośny i wesoły śmiech pełen radości. Mój śmiech.
Już nie boję się zimy, śniegu i mrozu - ja nimi jestem.
by Panda
ciąg dalszy
ciąg dalszy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz