Ishi

Zawsze czułem się troszeczkę inny niż wszystkie dzieci. Nie wiem czemu, może dlatego że one tak mówiły?
Jesteś inny, dziwny.
Czy bycie innym, dziwnym, jest złe? Myślałem że jestem jak reszta dzieci, miałem jasne blond włosy i błękitne oczy, tak jak nie jedno z nich, mimo to wciąż byłem nazywany dziwnym i innym.
Kiedyś usłyszałem też "wariat", wtedy było mi przykro, ale innych to nie obchodziło, śmieszyło ich kiedy płakałem.
Nazywają mnie Ishi (tłum. kamień). Pierwszy raz nazwali mnie tak gdy przyszedłem z wisiorkiem z kamyczków uzbieranych nad wodospadem, tam są najpiękniejsze kamyki, rwący strumień wygładza je tak dokładnie że widać wszystkie minerały wewnątrz! Ale oni nie widzieli piękna kamyczków, śmiali się, było mi tak przykro, bo uważałem że dzięki nim wyglądam pięknie, tak jak one same.
Wtedy postanowiłem że przestanę chodzić nad wodospad, przestałem też nosić kamyczki.
Dzieci już się ze mnie nie śmiały, ale to była tylko cisza przed burzą.
Kiedy wstałem, po lekcji na której się bardzo mocno skupiłem, i założyłem torbę na ramie, wydała mi się ona bardzo ciężka. Zignorowałem to i wyszedłem ze szkoły, ale torba stawała się co raz cięższa, aż bolały plecy. Zdjąłem więc torbę i zajrzałem do środka. Wokół mnie rozbrzmiała fala gromkiego śmiechu, w torbie miałem pełno dużych kamieni. Rozejrzałem się z załzawionymi oczkami patrząc na wszystkie dzieci śmiejące się ze mnie z pogardą. Chciałem powiedzieć by przestały się ze mnie śmiać, ale z ust wyrwał mi się jedynie żałosny szloch, przez co śmiali się jeszcze bardziej. Zostawiając torbę wybiegłem szybko łkając i przecierając oczka, ledwie widząc gdzie w ogóle biegnę.
Kiedy już nieco się uspokoiłem, zorientowałem się że jestem nad wodospadem. Pociągnąłem nosem i podszedłem do brzegu, patrząc na moje odbicie w krystalicznej tafli wody. Zaczerwienione oczy, policzki i nos od płaczu, rozwichrzone podczas biegu włosy, spękane wargi wykrzywione w smutku. Nagle błysło mi coś przy ujściu wodospadu. Uniosłem nieśpiesznie głowę, po czym wolno udałem się w to miejsce. Szeroki strumień wody burzliwie uderzał w jej taflę, wyrzucając przy tym kamyki na brzeg. Pochyliłem się nad wodą widząc coś co, mimo gwałtownych ruchów wody, nieustannie migotało w jednym miejscu. To był moment, dosłownie sekundy, kiedy ślizgnąłem się po mokrej trawie wpadając do ujścia wodospadu. W szoku zachłysnąłem się wodą i nastała ciemność.
Wraz z silnym uderzeniem w plecy zacząłem kasłać wodą. Kiedy już byłem w stanie oddychać w miarę spokojnie, uniosłem się do siadu mimo bólu pleców. Rozejrzałem się badawczo. Nie rozpoznawałem tego miejsca. Był to las, bez wątpienia, ale nie taki jak te wszystkie które znałem. Drzewa były tak ogromne, że miało się wrażenie iż łączą się z niebem, konary tak szerokie że nie objął bym ich nawet gdyby było mnie z pięciu. Ale najpiękniejsze były liście, nie były w takich kształtach jak te które znałem, na jednym drzewie były najróżniejsze liście, o pięknych kształtach i kolorach. Same drzewa też nie miały typowych kształtów, były powyginane, każde inaczej. Z drzew wisiały pnąca o ładnych, delikatnych kolorach, a na nich rosły malutkie, świecące kwiatki o różnorakich kolorach i wzorach. Ale były też inne kwiaty, kwiaty które były większe ode mnie, poruszały się leniwie wydając melodyjne dźwięki, cos miedzy pomrukiem, a cichym nuceniem. Błękitno zielona trawa kołysała się mimo braku wiatru, sprawiała wrażenie wesołej. W powietrzu unosił się przyjemny zapach wody, kwiatów i mokrej trawy. Ciszę wypełniał jedynie dźwięk szumiącej wody. Odwróciłem się w stronę płynącej za mną rzeki, nie byłby to nowy widok gdyby wodospad wpadający do rzeki nie leciał.. z nieba. Uniosłem się powoli i podszedłem do brzegu rzeki gęsto wysłanego różnymi, pięknymi kamykami. Pochyliłem się, tym razem ostrożnie i spojrzałem na swoje odbicie w krystalicznie czystej wodzie. Zamrugałem w lekkim szoku, moje włosy miały pudrowo różowy kolor, a oczy jarzyły się wręcz, jaśniutkim błękitem, na policzkach miałem błyszczące na srebrno piegi, spomiędzy włosów wystawały nieduże, przezroczyste, szklane rogi wypełnione wodą w której pływały malutkie kolorowe kwiatki, a uszy były długie i szpiczaste. Dotknąłem delikatnie każdej części ciała niedowierzając. Cofnąłem się powolutku, ale niedaleko, gdyż napotkałem przeszkodę. Odskoczyłem szybko odwracając się. Wysoki, wyższy o głowę ode mnie, śnieżnobiałe włosy odznaczały się na tle kolorowego lasu, ale wystający spomiędzy nich bluszcz obrastający gałęzie w postaci rogów sprawiał że tworzył piękne dopełnienie z otoczeniem, srebrzyste, niczym krystaliczna woda, oczy otoczone wachlarzem brązowych rzęs , wpatrywały się we mnie badawczo z błyszczącymi pod nimi srebrnymi, odblaskującymi na zielono wzorami. Zaparło mi dech w piersiach, ale czułem się nieswojo gdy się tak we mnie wpatrywał, nawet mimo tego zniewalającego uśmiechu.
-Chodź ze mną.- mruknął cicho melodyjnym, dzwoneczkowym głosem biorąc mnie za dłoń i ciągnąc w głąb lasu, nie czekając na moją odpowiedź. Idąc tak za nim mogłem przyjrzeć mu się bardziej. Blade, ładnie zarysowane ciało całe wręcz pokryte srebrnymi wzorami, bluszcz oplatający prawą rękę, biodra i lewą nogę, brązowe krótkie spodnie najprawdopodobniej z jakiegoś cienkiego futra, włosy nad szyją wygolone z zielonymi wzorami. Nie dane było mi przyglądać się dalej, gdyż zatrzymaliśmy się gwałtownie. Pociągnął mnie na dół sadzając na ziemi, a trawa zakołysała się wesoło. Przyłożył palec do ust, a oczy mu błysnęły, skinąłem nieco speszony. Wziął w dłoń nieduży kamyk unosząc go do góry, spojrzałem na niego niezrozumiale, a on tylko się uśmiechnął. Nagle, gdy promienie, ledwo przeciskającego się przez konary drzew, słońca, spotkały się z trzymanym przez niego kamykiem jego, jak się okazało, powłoka zaczęła robić się przezroczysta ukazując znajdujący się w środku różowy diament. Zamrugałem i westchnąłem z zachwytu. Uśmiechnął się znów, dał mi ten kamień w dłoń i pociągnął mnie do najbliższego z ogromnych kwiatów, następnie, kierując moimi rękoma, ułożył kamień na jego środku. Kwiat złożył płatki i zaczął co raz szybciej zmieniać kolory, aż otworzył się gwałtownie wypuszczając ze środka kilkadziesiąt kolorowych pięknych ptaków. Spojrzałem na to błyszczącymi oczami z rozdziawioną z podziwu. Zaśmiał się dźwięcznie i wystawił do mnie dłoń.
-Jestem Mori. Witaj w domu Ishi.- uśmiechnął się, a ja rzuciłem mu się w ramiona przytulając go.

idea by Kamil
perform by Panda

Piękny

Kiedyś zastanawiałem się czemu nazywali mnie pięknym. Ja czułem się brzydki.
Bordowy kolor przytłaczał, czułem się z nim bardzo źle, nawet zielony, nikle przebijający się przez tę krwistą czerwień, nie był w stanie ożywić tego przeraźliwego koloru. Ale najgorsze było że raniłem, ale nigdy nie robiłem tego umyślnie!
Często zdarzało mi się płakać, bo jestem brzydki, bo ranię, bo nikt mnie nie potrzebuje.
Czułem się tak samotny, niechciany.
Mokłem w deszczu, spiekałem się w słońcu lub marzłem w wietrze, zawsze sam jeden.
Ale któregoś dnia pojawił się On.
Na mój widok westchnął z zachwytem, podziwiał mnie przez dłuższy czas, aż poczułem się zawstydzony. Wziął mnie do domu, pięknego domu w którym pachniało miłością i ciastkami, było tak ciepło. Ale w tym wszystkim najpiękniejszy był On, mój wybawca, ten któremu pierwszemu się spodobałem. Codziennie patrzył na mnie z niezmiennym zachwytem, powtarzając że jestem piękny. Po kilku dniach moja czerwień zaczęła ciemnieć, a On smutnieć. Patrzyłem na niego niezrozumiale. Przestałem mu się podobać?
Jeszcze tego samego dnia zabrał mnie gdzieś gdzie zapanowała ciemność. Nie widziałem go długo, byłem smutny, zelżałem trochę i stałem się bardziej kruchy.
Ale nie na darmo wciąż miałem nadzieję. Po długim czasie, którego długości określić nie potrafię, znów zapanowała jasność. Znów Go zobaczyłem! Patrzył na mnie z tym samym podziwem i zachwytem to wtedy gdy pierwszy raz się spotkaliśmy, znów czułem się zawstydzony, ale byłem też wypełniony szczęściem i miłością. teraz znów jesteśmy razem, widzę go każdego dnia i zawsze spogląda na mnie z pasją powtarzając jaki jestem piękny, a ja jak bardzo go kocham.
by Panda

Lawina

Nienawidziłem zimy, bałem się jej.
Chłód powodował u mnie spazmatyczne wręcz dreszcze, a dźwięk skrzypiącego pod stopami śniegu przyprawiał mnie o mdłości i sprawiał że chciałem krzyczeć zatykając uszy. Czemu aż tak negatywnie i panicznie na to reagowałem? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem.
Ale to już nieistotne.

Zgubiłem się. Nie wiem czy to tylko urojenie spowodowane strachem, czy naprawdę otaczała mnie jedynie bezkresna, śmiertelnie zimna biel. Pusta jasność wręcz raziła w oczy, zaciskała gardło, wywoływała niepokój, a nawet niewyobrażalny strach. Miałem wrażenie że jestem nagi, kłujące igły mrozu wbijały się w każdy milimetr mojego ciała, dochodząc do kości gdzie bezlitośnie zamrażały szpik.
Zaczął ogarniać mnie obłęd.
Oczy piekły mnie od zamarzających łez, śmiertelnie zimne powietrze zamrażało mi płuca, sprawiając że każdy oddech był cudem i falą bezkresnego bólu. Czułem jak zamarznięta na dłoniach skóra pęka przy każdym, najmniejszym ruchu. Zacząłem krzyczeć. Nie słyszałem swojego głosu, ale i tak krzyczałem. Krzyczałem tak panicznie że poczułem metaliczny smak krwi zalewający moje gardło.
Zimno. Ból. Przerażenie.

Ciemność.
Bezkresna, pusta, głucha ciemność.
Chaos uczuć w głowie był przeciw proporcjonalny do odczuwanych bodźców zewnętrznych. Bo fizycznie nie czułem nic. Nie odczuwałem już zimna, bólu, a nawet strachu. Pustka panująca zewnątrz, jak i wewnątrz mnie zapewne przyprawiła by mnie w normalnej sytuacji do mdłości. Ale to nie była normalna sytuacja. Nie odczuwałem strachu, ale spokoju również.

Po czasie, który zdawał się trwać wieczność, przez powieki zaczęło prześwitywać mi bardzo jasne światło. Zacząłem czuć pod sobą coś, co w dotyku przypominało mokry puch. Łapczywie nabrałem świeżego, wilgotnego powietrza w płuca otwierając szeroko oczy. Usiadłem gwałtownie intuicyjnie kładąc dłoń na piersi. Nie biło, moje serce nie biło. Nie przeraziło mnie to, nie zacząłem panikować, coś w głowie mówiło mi że tak ma być, że mam zachować spokój. Wstałem powoli słysząc przy tym głośno skrzypiący pod moim ciałem śnieg. Rozejrzałem się po otaczającej mnie lodowej pustyni, sinymi palcami przeczesałem pokryte szronem włosy. Nieuzasadniony uśmiech pchał mi się na twarz. Miałem ochotę tańczyć i tarzać się w śniegu. Po tej, jakże pięknej, lodowej pustyni, rozniósł się głośny i wesoły śmiech pełen radości. Mój śmiech.

Już nie boję się zimy, śniegu i mrozu - ja nimi jestem.
by Panda
ciąg dalszy